Strona 1 z 41, 2, 3, 4


2008-11-21, 16:05
Komimasa

Zapraszam do zapoznania się z moim pierwszym fikiem dotyczącą sytuacji po Thriller Bark. Uprzedzam z góry nie wykraczam poza anime. Nie ściągam pomysłów bowiem nic nie czytam
Mimo, iż to moje pierwsze proszę o szczere opinie, jak i tak będę to kontynuował dopóki choć jednej osobie czytanie tego będzie sprawiało przyjemność

Ostateczne Starcie.

Rozdział 1- Wstrząsająca wiadomość.

Kwatera główna – Marieyoa. Godzina 7 rano.

Ledwo słońce wstało, a w kwaterze ruch jak w ulu. Wszyscy marynarze , porucznicy, kapitanowie i kto jeszcze może latają to tu to we w tę, sami nie widząc po co. Zewsząd dają się słyszeć różne hałasy. Wszyscy zadają sobie nerwowe pytanie „Co my teraz zrobimy?”.
Przy okrągłym stole siedzieli już wszyscy marynarze zajmujący wysoką pozycje w marynarskiej hierarchii. Łapali się za głowy, krzyczeli jedni na drugich, oskarżając o niesubordynację, a niektórzy wręcz żądali natychmiastowych aresztowań winowajców, których doszukiwali się między sobą.
Do głównej Sali wszedł wreszcie długo oczekiwany dowódca Sengoku. Nawet na jego twarzy widać lekkie zakłopotanie. W tym momencie wszyscy opanowali swe emocje i nastała cisza.
Sengoku jeszcze spytał-Mogę?- i rozpoczął swe przemówienie.
- Sytuacja z całą pewnością, nie należy do przyjemnych. Sprawa jest bardzo poważna, toteż, nie zważając na wczesną godzinę, zebrałem was tu, by jak najszybciej omówić kluczowe dla nas sprawy. Jak powszechnie wiadomo siła i autorytet marynarki została mocno zachwiana przez załogę Słomianego Kapelusza, która obróciła w ruinę Ennies Loby. Jak jednak teraz widzimy tamto wydarzenie, to błahostka w porównaniu do tego co ostatnio miało miejsce.
Nie będę się nad tym teraz rozwodził.
Pani Crane. Jako Nasz Wielki Taktyk, opracuje działania mające na celu ustalenie najwłaściwszej w tej sytuacji strategii.
- Oczywiście, zrobię wszystko co w mojej mocy - jednocześnie salutując, odpowiedziała. - Dodatkowo- ciągną dalej Sengoku - Ogłaszam stan wyjątkowy i zarządzam pełną mobilizację wszystkich sił. W pełnej gotowości mają być wszystkie ważniejsze bazy zarówno na Grand Line jak i Nowym Świecie. Co więcej proszę wysłać do tych baz, kopię dzisiejszego spotkania oraz raport pokrótce objaśniający sytuację. Proszę też, aby Admirał Aokiji przybył tu najszybciej jak to możliwe.
Dziękuję. A teraz kolega Wiceadmirał Cortez przybliży Wam szczegóły. Proszę Wiceadmirale – powiedział na zakończenie i spoczął.

W tym samym czasie gdzieś na Grand Line.
Choć w kwaterze Marinozya już od rana trwały zaciekłe dysputy, na dobrze znanym nam statku piratów, dzień, dopiero zaglądał do ich okien.
Jak zwykle, Sanji wstał najwcześniej i wesolutki jak skowronek, poleciał do kuchni szykować dla załogi coś pysznego.
-Dzisiaj zrobię pyszną jajecznicę z bekonem.- Po czym wziął się za przygotowywanie dania.
Życie na statku, powoli zaczynało się budzić. Do nozdrzy Luffy’ego powoli zaczynała docierać delikatna woń smażącego się bekoniku. Wyczuwszy nią natychmiast się obudził. Szybko poderwał się z łóżka i pobiegł do kuchni. Jak łatwo można się domyślić, pierwszym, odwiedzanym z samego rana przez niego miejscem, była właśnie kuchnia.
Zasiadł sobie wygodnie na krześle i zaczął sztućcami impetem uderzać sztućcami w stół, i drzeć się „żarcie, żarcie”, dobitnie dając do zrozumienia Sanjiemu, że się nie może doczekać na posiłek. Oczywiście swym zachowaniem, skutecznie podniósł kucharzowi poziom wkurwienia.
- Przestaniesz Głąbie wreszcie?!! Walnij tak jeszcze raz, a będziesz sam gotował!!- Wykrzyczał potężnie wytrącony z równowagi Sanji.
- Kiedy ja jestem głodny...- odparł z zażenowaną i lekko zniecierpliwioną miną.
- Nie mogę tyle czekać. „żarcie , żarcie”- zaczął znowu krzyczeć. Tym jednak razem darował sobie walenie w stół.
Sanji już miał go nauczyć dobrych maniar, używając najskuteczniejszego naj skuteczniejszego edukacji argumenty-siły, gdy niespodziewanie, zupełnie zmienił się jego punkt widzenia. Oto, jego oczom ukazała się Nami. Była ubrana w gustowną, jasną bluzeczkę na ramiączkach oraz krótką, do kolan lekką spódniczkę w jednolitej czerwieni.
- Wyglądasz przecudnie w tej spódniczce Nami swan~! – wykrzyknął radośnie. Jednak, gdy się do niej zbliżył, spotkała go niemiła niespodzianka z jej strony. Oto dostał z całej siły piąchą po głowie i zarył twarzą w podłogę.
- Auu. Nami-swan za cóż to?
Ta jednak była w tej chwili zajęta, czym innym. Bowiem właśnie, leciała podobna pięść w kapitana.
- Ajć- zajęczał Kapitan.
- Czy Wy DEBILE od rana musicie tak hałasować?!! - W tym momencie pojawiła się reszta załogi. Robin skomentowała tą sytuację lekkim, charakterystycznym dla niej uśmieszkiem.
Cała załoga się roześmiała. No może oprócz Sanji’ego i Luffy’ego, którym to z racji, wymierzonej kary, wcale do śmiechu nie było. Po chwili wszyscy radośnie zasiedli do pysznego śniadania.
Jak to w tej załodze bywa, poczęstunek upłynął na miłej rozmowie, żartach i wygłupach. Główne role zwłaszcza w „wygłupach” odgrywa ekipa Luffy’ego czyli on, Chopper, Usopp no i Brook.
Po śniadaniu wszyscy, wszyscy wyjątkiem Sanjiego, który został przy garach, wyszli na zewnątrz, aby odpocząć w promieniach słońca. Tego dnia pogoda wyjątkowo dopisywała. Słońce świeciło, bardzo mocnym blaskiem, a jednocześnie wiał lekki, delikatny, wprowadzający nieco ochłody, wietrzyk.
Luffy walnął się wraz z resztą kompanów na trawkę i wszyscy razem zaczęli się rozkoszować błogim leniuchowaniem.
Ah, jak tu dobrze-Westchnął Chopper.
Zoro nie był skory aż tak daleko dotrzeć. Również postanowił wyjść na świeże powietrze, z ta drobną różnicą, że gdy tylko minął framugę drzwi, oparł się o najbliższą ścianę i natychmiast przyciął komara.
Nami jak co dzień, czekała na najnowsze wydanie „Nowinek”. Czas oczekiwania umilała sobie pogawędką z Robin.
I tak mijały sobie błogie minuty.
W pewnej chwili Franky się podniósł, podrapał chwilę i głośno zawołał.
- Usopp! Długo będziesz się tak jeszcze byczył!? Rusz dupę i pomórz mi przy modyfikacji Suuuper! Działa!
- Ee, jakaś robota…? Z rana?- odparł wyraźnie nie zainteresowany propozycją.
- Rusz się wreszcie – powtórzył i pomógł się podnieść nieco ociągającemu się jeszcze Usoppowi.
- Brook. Ty masz coś do roboty?
- Nie…- odparł nieco zmieszany.
- To tez się rusz 
- Oczywiście! Z dziką rozkoooyohoho!
Franky zebrawszy swą ekipę, zniknął za drzwiami.
Luffy widocznie nie mogąc już dłużej zostać w bezruchu, zaczął radośnie wariować. Chopper widząc, że dobrze się bawi przyłączył się do zabawy.
Robin pozwoliła sobie skomentować te radosne figle, charakterystycznym dla niej, lekkim uśmiechem.
- Nasz kapitan to chyba nigdy się nie zmieni - odpowiedziała niejako reagując na uśmiech Robin.
- Przeszkadza Ci to? - zapytała, opierając się lekko plecami o barierkę.
- Wiesz, mógłby być czasem poważniejszy. Zająć się czymś pożytecznym, pomóc gdzieś…-W tej chwili obie dziewczyny, naraz wyobraziły sobie pomoc Luffy’ego, której nieuchronnym skutkiem byłoby prawdopodobnie jeszcze więcej pracy.
- Lepiej nie…- westchnęły zgodnie.
Nami również, spoglądając na nich tańczących na linach odpowiedziała.
- To fakt. Zobaczyć ni stąd ni zowąd poważną twarz Luffy’ego, to jak wygrać w piracki totku - roześmiała się radośnie kończąc wypowiedź.
Nagle, nad statkiem, pojawiła się długo oczekiwana przez panią nawigator mewa.
- No jest wreszcie! - wykrzyknęła mocno już zniecierpliwiona Nami.
- Co!? Dwadzieścia Beli!? Czy ja kupuję porcelanę!? - pokazując swe uzasadnione niezadowolenie.
- Rozbój w biały dzień! - Ale, gdy mewa, odebrała jej wypowiedź jako nie zainteresowaną kupnem gazety i zaczęła się już wzbijać do lotu, Nami w ostatniej chwili ją powstrzymała.
- Nie! Stój!
Mewa się zatrzymała i odwróciła w kierunku kontrahentki.
No dobrze, już płacę…- Mewa triumfalnie odchyliła skrzydło i podała szanownej klientce gazetę. Odebrawszy zapłatę, odleciała.
Co za zdzierstwo…- zkwintowała na koniec. Następnie trzymając w ręku gazetę, wraz z Robin udała się do kuchni. Usiadła sobie wygodnie, i rzuciła oczyma na pierwszą stronę..
- No dobra, co tam dzisiaj pi…- Nagle zaniemówiła. Sanji myjąc ostatnie talerze z zaciekawieniem zapytał.
- I co tam ciekawego pisze, Nami-swan~?- Nie uzyskał jednak odpowiedzi.
Robin zaciekawiona reakcją Nami, spojrzała w gazetę. Oczom nie mogła uwierzyć. Nami powróciwszy po chwili do siebie natychmiast zawołała.
- Chłopaki! Chodźcie tu szybko!
- Zoro nie zawalaj drogi rusz się!- krzyknął Franky.
- Co już obiad?- Odezwał się zaspanym głosem, jeszcze nie do końca mając kontakt z rzeczywistością.
Na szczęście zjawił się szybko Sanji. Jednym porządnym kopnięciem natychmiast przywrócił Zoro do świata żywych.
- Ty głupi kuku! Od rana musisz mi życie uprzykrzać?
- Chłopaki nie czas na kłótnie, chodźcie do kuchni.- powiedziała spokojnym głosem Robin, która widząc, że się za specjalnie towarzystwo nie spieszy, postanowiła sama zobaczyć jak się sprawy mają.
Gdy wszyscy już znaleźli się na miejscu, Nami rzuciła gazetą na stół. Gdy spojrzeli na nią, natychmiast osłupieli. Na niektórych twarzach zaczął malować się strach.
- Jak… jak to możliwe?- Przerwał chwilę milczenia Franky. Robin oblał zimny pot. Już chciała coś powiedzieć, gdy zobaczyła, że na twarzy Luffy’ego, zawsze uśmiechniętej, tryskającej humorem, pojawiły się z znienacka łzy.
- Czy…-Zaczął Usopp delikatnie.
- Czy ty go znałeś Luffy? - zapytała niczym zatroskana matka Robin.
Po jego policzkach zaczęły gęsto spływać łzy. Zupełnie nie mógł zdusić w sobie swego smutku. Podniósł się i trzymając w drżących rękach gazetę, wydusił z siebie jedno cichutkie słowo.
- Shanks…- W tej chwili łzy pociekły mu jak szalone.
- Shanks..!- Wykrzyczał, krztusząc się od płaczu.
Załoga już domyśla się o co chodzi.
- On…-spokojnie zaczął
- Znałem go od małego…
Załoga nie wytrzymała i wszyscy wykrzyknęli naraz jak jeden mąż.
Shanksa!? Czerwonowłosego!!?
Tak…To on podarował mi ten kapelusz… To od niego się wszystko zaczęło. To dzięki niemu i jego załodze zapragnąłem stać się piratem. On, jak byłem mały, nawet uratował mi życie…
Cholera!! Jak do tego mogło dojść!? Shanks… przecież był tak potężny…
Tutaj Usopp nie wytrzymał i pod nosem dorzucił.
- Fakt był w końcu jednym z czterech imperatorów.
Na jego szczęście, owa uwaga nie dotarła do uszu Luffiego. Opanowawszy zupełnie swe łzy odparł.
- Koniecznie muszę się dowiedzieć, kto go zabił! Pomszczę jego śmierć!

Rozdział2: Narodziny nowej ery.

Tym czasem gdzieś w Nowym Świecie, na wyspie Kazan, słynącej na całą okolicę z wielu, jeszcze aktywnych wulkanów.
Został tutaj wezwany admirał Akainu. Ma osobiście zająć się nowym niebezpieczeństwem grożącym światowemu pokoju i w tym ma się też rozumieć, światowemu Rządowi. Sprawa jest bardzo delikatna, toteż właściwie nikt z poza Kazan o tym nie wie.
Otóż kilka dni temu na rzeczonej wyspie pojawiła się nikomu nieznana postać z nadludzką, porównywalną do bogów mocą. Dowództwo marynarki przeczuwało, że chodzi o kolejnego użytkownika diabelskiego owocu. Jednakże, sprawa bardzo szybko się pokomplikowała. Jegomość ten, za pomocą swych zdolności, bardzo szybko przejął kontrolę nad dużą częścią wyspy. W publicznym wystąpieniu na tej wyspie, którego treść dzięki stacjonującym tam marines dodarła do Marieyoi ogłosił, iż jest ich „Nowym Bogiem” i to on będzie panował nad światem, a marynarka pochyli przed nim czoła. Oczywiście Rząd nie mógł przejść koło takich słów obojętnie, a że dotychczasowe środki nie odnosiły spodziewanych efektów, posłano tam elitę, jednego z trzech admirałów-Akainu.
Owym „bożkiem” był oczywiście, nie kto inny jak przybyły ze Skypiei-Enel.
Sytuacja z każdym kolejnym dniem się pogarszała. Wkrótce, Enel, został na Kazan obwołany bogiem i nawet rozpoczęto prace, nad wybudowaniem ku jego czci świątyni. Stawał się popularny, zaczął wypierać nawet wpływy marynarki w tym rejonie. Na Kazan mieściło się również, a może bardziej przede wszystkim, olbrzymie, najstraszniejsze więzienie Impel Down, gdzie zsyłano najniebezpieczniejszych i najpotężniejszych wojowników, jakich widział świat.
Nie trzeba chyba dodawać, iż sprawowanie ”boskiej” jurysdykcji na tym obszarze przez, niepowiązanego w żaden sposób z Marynarką obcego, było dla Światowego Rządu wysoce nie na rękę.
Misja powierzona Akainu jest ściśle tajna. Wszystko po to, by jak najmniej, istotnych dla przeciwników marynarki informacji, nie wyciekło do opinii publicznej. O szczegółach nie zostali poinformowani nawet marines zajmujący wysoką pozycję w marynarskiej hierarchii.
Niedawne wydarzenia, które wstrząsnęły Światowym Rządem zmuszały, aby taką sprawę załatwić jak najszybciej się tylko da. Dowództwo rozważało nad wysłaniem na Kazan wiceadmirała, który z pewnością zrobiłby tam porządek. Jednakże, ponieważ doniesiono, iż niedaleko kłopotliwego regionu stacjonuje sam admirał Akaniu, Sengoku zadecydował, że to jemu powierzy misję-wyeliminowania wszelkiego potencjalnego zagrożenia.
Sengoku wiedział, iż Marynarka jest postawiona w bardzo trudnej sytuacji, a wydarzenia na Kazan nie są jego największym problemem. Jednakże, nawet nie przeczuwał, iż
problem z Kazan, może w krótkim odstępie czasu rozrosnąć się do niebanalnego rozmiaru.
Informacje bowiem, docierały do głównego sztabu z pewnym opóźnieniem, a Enel, zdążył bez trudu przejąć kontrolę niemal nad całą wyspą. Oczywiście pozbawiając życia każdego opornego marines. Co prawda, w związku z nowymi, awaryjnymi rozkazami, znaczne siły marynarki zostały wcześniej deportowane do głównej bazy, jednak w walce z Enelem zginął nawet jeden z wiceadmirałów- Katora, który był odpowiedzialny za Impet Down. O tym wydarzeniu, dowództwo w czasie zlecania misji Akaniu, jednak jeszcze nie wiedziało…
Jakby tego było mało Enel, nie zasypując gruszek w popiele, jako nowy władca wyspy udaje się do Impel Down…

Na specjalne polecenie” Boga” wszyscy więźniowie zostali zgromadzeni na głównym placu. Rumor był niesamowity. Każdy do każdego coś paplał. Cały czas podczas rozmów więźniom towarzyszyły pytania: „Co to za jeden?” „Czego on chce?” „ Po jaką cholerę tu przylazł?” oraz inne mniej, lub bardziej kulturalne wypowiedzi, związane z niezrozumiałą wizytą rzekomego boga.
Wśród nich znajdowali się więźniowie, których głowy dochodziły do 300-400 milionów beli. Również w tych zacnych szeregach znajdowali się byli Schichibukai, którzy ponownie przeszli na złą drogę, czy Ace wart 420 milionów beli.
Dla bezpieczeństwa wszyscy mieli na sobie kajdany z Kairouseki niwelujące użycie jakiejkolwiek mocy. Wszystko było już przygotowane na jego przyjście. Także bogato zdobiony, fachowej stolarskiej roboty- tron. Miejsce to przypominało trochę swą konstrukcją Koloseum. Na górze znajdowali się marines, którzy przeszli na stronę Enela, w centrum zaś było miejsce dla „Boga”. Wszystko to znajdowało się na 3 metrowym podwyższeniu i otaczało główny plac, który znajdował się poniżej. Nie było tam jakiś krat czy innych temu podobnych rzeczy, jednak z pewnością Enel siedzący w swym tronie, swym majestatem, łudząco przypominał starożytnego rzymskiego cesarza Enel spojrzał na nich z góry i doń przemówił..
-Witam was wszystkich w kolebce nowej Ery Boga…- W tym miejscu przerwał swą wypowiedź, gdyż szepty wśród więźniów przybrały formę głośnych dyskusji zakłócających jego wystąpienie.
-Mówię wam, no facet z choinki się urwał!
-Gościu ma moc diabelskiego owocu i od razu obrósł w piórka. Boga z siebie robi no nie mogę HAHAHA!
- Zgadzam się. Jest jakiś nienormalny, zresztą widać! Co on w ogóle ma na plecach?!
- Morda hołoto!- ze spokojem, ale i wyraźnym podniesionym tonem powiedział Enel- Chcecie bym was tu pozabijał?
Na to jakże nieprzyjemne pytanie odpowiedział mu jeden z więźniów. Był to znany na North Blue pirat Dark, jeden z użytkowników diabelskiego owocu, za którego nagroda wynosiła 260 mln beli.
-Sam cię zaraz walnę psycholu jeden! I to tak, że cię kochanka w łóżku nie pozna!
Lud wziął stronę Darka i po chwili zaczęła lecieć w stronę Enela cała masa różnorakich obelg.
Enel sobie pomyślał” Mógłbym ich tu wszystkich bez problemu sprzątnąć! Ale świat jest ogromny, byłoby bardzo upierdliwe, zmaganie się z całymi siłami marynarki samemu…Choć najchętniej spaliłbym ich wszystkich w diabły…Nie, ja jestem bogiem! Od roboty to ja mam lud, który ma być mi bezgranicznie posłuszny!”
W myśl tego, spokojnie rozłożył się w swoim tronie i z złowrogim uśmiechem pstryknął palcami.
Z nieba poleciała idealnie wymierzona błyskawica, która trafiła w inicjatora buntu -Dark’a. Biedaczek nie miał żadnych szans na zrobienie uniku. Spaliła go niemal doszczętnie i w kilka sekund wyzionął ducha.
-O w mordę… powiedział cichutkim, przestraszonym tonem jeden z więźniów stojących obok nieszczęśnika.
Enel widząc, iż to małe show odniosło spodziewany rezultat, zaczął mówić dalej.
-To miło, iż wreszcie się uciszyliście. Pozwolę sobie więc wrócić do początku mojej przemowy, którą to mi przerwano…Pierwsze co mam wam szumowiny do powiedzenia to, to,
iż wszyscy jako moi wierni wyznawcy musicie mi być całkowicie posłuszni. Jam jest waszym bogiem, który z dobre czyny nagradza, a za złe…- tutaj spojrzał w stronę spalonych zwłok, uśmiechnął się, złożył ręce i oprał się na nich podbródkiem. Z błyskiem w oku dokończył swe zdanie- każę…Przybyłem z nieba, gdyż miałem już dość waszej samowolki. Tak nie może być…-uśmiechnął się znowu złowrogo, rzucając wzrokiem po więźniach.- Z drugiej strony istnieje Światowy Rząd, który myśli, że jest bogiem i sprawuje nad wszystkimi w mojej ocenie, w nieudolnie władzę. To bluźnierstwo! Za to, czeka ich najsurowsza z kar, kara śmierci…- w tym momencie widząc jak wszyscy jak posągi słuchają jego słów, zaczął się triumfalnie pod nosem śmiać. Przerwał swój śmiech i kontynuował dalej.- Niestety, ta plaga bardzo się rozlazła, dlatego tez oczekuję waszej pomocy. Wypuszczę was i pozwolę wam żyć dostatni żywot pod moim protektoratem, ale musicie zniszczyć światowy Rząd!!
Te słowa wywarły bardzo duże, entuzjastyczne poruszenie wśród zebranych. Piraci ci od dawna, bowiem chcieli się go pozbyć. Jednakże elita, a szczególnie admirałowie, byli w ich oczach niepokonani. Większość z nich wylądowała w tym więzieniu właśnie przez któregoś z admirałów. Propozycja zrzeszenia się i usunięcia tego odwiecznego „wrzodu na tyłku” była bardzo kusząca i spotkała się z gromkim aplauzem.
Pojawiały się jednak głosy niepewności. Co gorsza do uszu Enela docierały szepty nieufności i chęci przejęcia władzy. Enel się nie cackał i natychmiast wymierzył odpowiednim osobom karę śmierci. Poleciały kolejne błyskawice.
-Myślicie, że was… nie słyszę?- spokojnie odparł jakby nic się nie stało. Wstał i rozkładając władczo ręce i przemówił - Jestem Bogiem! Wszystko widzę. Słyszę każdy wasz plugawy szept!
To jeszcze bardziej wszystkich wystraszyło. Niektórzy zaczęli sądzić, iż jest to prawdziwy bóg. Koniec końców, było kilka przesłanek by tak sądzić. Ace przysłuchiwał się temu z duszą uwagą, ale z dystansem do tego podchodził. Nie dzielił się z nikim swoim zdaniem. Natomiast podobała mu się jak też i wielu innym perspektywa opuszczenia tego miejsca. Choć nie zgadzał się z planami Enela, wiedząc o tym, iż i tak tutaj go czeka tylko śmierć, zawtórował za wiwatującym ludem.
- Precz ze światowym Rządem!
Wiwat nasz Bóg…- i w tym miejscu zapadła chwilowa cisza.
Na dobrą sprawę nikt nie wiedział jak ów „Bóg” się nazywa. Zaczęły się nerwowe pytania jeden przez drugiego o „ boską godność”. Nikt oczywiście nie znał odpowiedzi na to pytanie, bowiem Enel nie zdążył się jeszcze przedstawić.
-No tak…- odpowiedział z charakterystycznym dla niego szyderczym uśmiechem- Nie przedstawiłem się wam…Właściwie to zastanawiam się czy jesteście godni poznać me imię- zakończył spinając od niechcenia na nich ręką, pokazując tym samym swą absolutną władzę.
- Ależ , boże. Prosimy! Bardzo chcemy poznać twą godność- odpowiedział jeden z najbardziej przestraszonych i przy tym niewiele więcej wart pirat, znany jako Koshinuke(tchórz)
Trzeba jednak mu przyznać, że ten strach był tym razem uzasadniony, a i te „pokazy boskości” spowodowały, że niejednemu serce podeszło do gardła. Z tego tez względu, większość entuzjastycznie zawtórowała:
-Prosimy o boże zdradź nam swe imię!
-Abyśmy mogli cię wielbić i nieść wszystkim nowinę o twym przybyciu- dodał Koshinuke.
-Niech wam będzie…- Skinął nań ręką w stylu „robię wam łaskę robaczki” i powiedział- Jam…
Wszystkim zaparło dech w piersiach i z niewymownym podnieceniem czekali na upragnione słowo.
-…Jest Bóg Enel!
Na to wszyscy jak jeden mąż zawołali, aż więzienie zatrzęsło się w posagach.
-Precz ze Światowym Rządem!
Wiwat nasz Bóg Enel!!



2008-11-21, 16:21
vegi

Ja już pisałem na stronie, że fik piękny, ale skoro mogę powtórzyć to czemu nie ^^ niczego mi nie brak, niczego do przesady. Super historia, zapowiada się baaaardzo ciekawie ^^ chociaż za Enelem nie przepadam, to kto wie, może po Twoim fiku zmienię o nim zdanie? Pisz dalej, ja będę czytał!

2008-11-22, 02:12
RiZochi

Generalnie bardzo dobry fick. Przyjemnie się czyta. Czas osadzenia historii nie jest jakiś bardzo odległy, więc łatwo sobie wyobrazić całą historię.

Jedyne uwagi jakie mam, to było jedno powtórzenie, które mocno uderzyło mnie w oczy.

Robin pozwoliła sobie skomentować te radosne figle, charakterystycznym dla niej, lekkim uśmiechem.



Mogłeś ten drugi raz trochę inaczej to napisać, ale nie odrazu Rzym zbudowano. Generalnie jestem na tak i również będę czytał nadal. Powodzenia w dalszym tworzeniu.

2008-11-22, 13:04
Kowal

Bardzo mi się podoba twój fik, niedaleko w przyszłości osadzona akcja, więc fajnie wpasowuje się w to co teraz jest w anime. Z pewnością będę dalej czytał. Oby tak dalej



2008-11-22, 13:23
Vampircia

Ja już swoją recenzję zamieściłam na portalu, więc nie będę się powtarzać, powiem tylko, że z tego może wyjść sztandarowy fik polskiego fandomu OP, więc lepiej go nie schrzań

2008-11-22, 14:03
Komimasa

Otuż to to jest największy problem. Na szczęście nie przywiązuję zbytnie wagi do wizji porażki, dla mnie to nie będzie porażka. Porażką byłoby nic nie napisać bojąc się krytyki i właśnie"a jak coś sknocę?, lepiej nie".
Piszę i już choć nie powinienem ale mniejsza to. Jak skończę art kolejny to z pewnością wrócę do napisania next part.
A jak podchodzi długość rozdziału? nie za długi?

2008-11-22, 17:21
Vampircia

Na pewno nie za długi. Spokojnie mógłby być nawet dłuższy. Ja generalnie jestem przeciwna krótkim rozdzialikom, bo takie coś źle świadczy o samym autorze i często pokazuje jego lenistwo i niecierpliwość. Uważam, że trzy strony A4 to minimum długości rozdziału. Niestety ludzie coraz mniej czytają, przez co powstaje tendencja do pisania krótszych rozdziałów.

2008-11-23, 02:50
RiZochi

Podpisuję się pod Vampircią. Długość rozdziału, jak na początek w sam raz. Mogło być dłuższe, zawsze to lepiej czytać więcej czegoś przyjemnego niż mniej. Nie mniej jednak, jak wspomniałem objętość w sam raz. Dłuższy rozdział mógłby wzbudzić niechęć. Generalnie przez swoją długość. Moje obecne rozdziały np. zajmują po 10 stron. Ich popularność o wiele spadła od momentu, gdy zajmowały po 4, 6 stron.

2008-11-25, 22:20
Włóczykij

Hmm lepiej krótko i ciekawie niż długo a nudno...Moja rada po napisaniu czegokolwiek pozwól tekstowi ostygnąć nawet na 2-3 dni a potem przeczytaj go jeszcze raz, wychwycisz wiele pomyłek zarówno tych w składni jak i tych w fabule które zechcesz zmienić.

2008-11-25, 22:49
Vampircia

Najlepiej długo i ciekawie. Jak fik jest dobry, to nie ma co skracać rozdziałów, tylko po to, żeby polizać tyłek publiki. No dobra, przyznam się szczerze, że też czasami wrzucam krótkie rozdziały, ale myślę, że na forum to można po części wybaczyć. Ja traktuję forum jak zbiorowego beta readera. Jeśli ty również tak traktujesz forum, to rozumiem czemu chcesz wrzucać krótkie rozdziały. Ale pisanie czegoś krótkiego tylko dlatego, że ludzie to prędzej łykną, jest wg mnie bez sensu.

2008-11-25, 23:44
BlackKuma

No nawet fajny ten fik, czytałem je na stronce ( ten drugi też ).
Jest trochę błędów, ale każdemu się zdarza. Ogólnie rzecz biorąc spodobał mi się.
Enel wreszcie może zapanować nad światemXD

2008-11-25, 23:44
Tekai

Opowiadanie mi się bardzo spodobało. Wychwyciłem kilka wyrażeń których nie do końca zrozumiałem. Na większe błędy typu przecinki, kropki czy ń, ć, ś, w, gdy wiadomo o co chodzi. git

2008-11-26, 12:13
Komimasa

Dziękuję za tak liczne wypowiedzi, ja chyba korektora potrzebuję...

Mój tekst"stygnie dobrze koło ponad tydzień" Ja go piszę w zeszycie , kreślę przerzucam, wymazuje dopisuje itd (zawsze koło 6 stron wychodzi nie wiem czemu odruchowo , z czego potem jest 3 strony w Wordzie)
Dopiero potem jak mam czas dochodzę do kompa i przepisuję. Wiele błędów wtedy poprawiam.

Nie piszę pod publikę, tylko tak, a dzielę się no bo co do szuflady? Nawet nie mam

Spróbuję dłużej teraz ale nie wiem kiedy...

2008-11-26, 22:16
miss_sunshine

Niektorzy jednak wola pisac do szuflady, to tylko kwestia gustu Skoro jest natchnienie, to czemu nie pisac? Tobie zycze pisac, i to jak najwiecej

2008-12-07, 20:46
Komimasa

Korzystając z okazji, że mi się znowu epek ładuje...

Dla tych kogo interesuje dalsza część mojej opowieści. Niebawem to jest dziś jutro już napiszę 3 cz. i to będzie już z pewnością dłuższy kawałek. Żeby nie było, że leję wodę to zdradzę, iż wyjaśnię tam co tak naprawdę poruszyło tak sztabem marynarki co do tej pory nie zostało ujawnione. Zaznaczę, iż pomysł powstał już miechy temu, więc proszę się nie doszukiwać jakiś powiązań z mangą.

Niestety z racji różnych zajęć przepiszę to na worda dopiero pewnie pod koniec tygodnia...
Mam nadzieję, że narobiłem wam smaczku

Piszę to też po to by udowodnić, iż nie zapomniałem czy zaniechałem ino czasu mam tyczke..

2008-12-07, 23:23
BlackKuma

No wreszcie fajnie się czytało tego fika i mam nadzieję, ze 3 część będzie też dobra, a może lepsza
Tak na marginesie, bardzo uszczęśliwił mnie fakt, ze będzie dłuższy od poprzednich, ponieważ jeżeli fik będzie dobrze napisany, to może być jak najdłuższy

2008-12-25, 00:00
Komimasa

Byłem bardzo zajęty niespodzianką świąteczna( albo Jutsu był co na jedno wychodziło bo jeden komp) , którą w dużej mierze póki co szlag trafił... Co piękniejsze 2 dni nie miałem kompa...
Co najpiekniejsze spisałem już 3 strony z worda ale na dysk C , wziłąłem go ale nie mogę tu odpalić... Cóż przykro mi, ale takim sposobem to 3 część będzie na bank 3.01( no chyba ze jakims cudem koszmarnym utracę to co do tej pory napisałem)
W ramach rechabilitacji po kilku dniach może trzech wstawię i 4cz ( swoją drogą właśnie skończyłem ją pisać w zeszycie). Cóż nic innego nie mogę zrobić... jest mi przykro i mnie to boli tyle mogę powiedzieć...

2008-12-28, 12:46
Komimasa

O radości niepojęta. Udało się. Jednak Jutsu zachował część którą mu wysłałem. Dzięki temu mogłem przytować 3 cz Ostatniego Starcia. Tak wiem banalny ten tytuł ale najgorzej chyba mi idzie właśnie wymyślanie tytułów.
Ta część jeszcze go nie ma. Swoją drogą jest nieukończona, choć może przerwę w tym momencie no zobaczymy. Zapraszam do zapoznania się z niepełną 3 częścią. Jeśli ktoś chce przeczytać jednak pełną no to musi troszkę poczekać... A i nie jest powiedziane że dalej nie zacznę 4, a chyba tak jednak zrobię.

CZ 3 powiedzmy " Bliska osoba. Przyjaciel czy wróg?"

Kwatera Główna

- Mistrzu Sengoku, mamy kontakt z Kuzan!
- Co?! – głównodowodzący odparł zupełnie zdziwiony. Nie ma co się dziwić. Od czterech godzin tamten rejon nie dawał żadnego znaku życia. Zdecydowanym ruchem podniósł słuchawkę:
- Słucham? – zapytał z godnością, acz z lekko podenerwowanym głosem.
- Ach, Głów - (trzask)... Tak się cieszę! Tu… (trzask) Volar! Stała się rzecz stra.szsz – w pośpiechu zaczął meldować jeden z kapitanów, który przeżył masakrę na Kuzan.
Niestety sprzęt wyraźnie nawalał. Nie dość, że nie było słychać wyraźnie, to pojawiały się jeszcze zakłócenia. Volar kontynuował:
- Nie mam ..szsz czasu, więc omijając form..szz przejdę do sedna rzeczy. Przeciwnik (trzask) jest jednym z użytkowników Logi, choć..(trzask) boskiego pochodzenia szsz... - niestrudzenie ciągnął ważny raport odważny kapitan. Pomimo problemów technicznych dawało się słyszeć drganie głosu, wskazujące prawdopodobnie strach o własne życie.
- Ale, spokojnie kapitanie. Co się tam dzieje, uspokójcie się!
- Wybaczy pan ale nie mogę! – wykrzyczał z brakiem należytego szacunku podwładny. - Włada piorunami, (trzask) okręty, zabił nawet...(trzask....)
W tym momencie Sengoku stracił całkowitą łączność z kapitanem. Na twarzy głównodowodzącego pojawiły się kropelki potu, będące oznaką zdenerwowania. Żałował, że nie było mu dane wysłuchać do końca raportu Volar’a. Co więcej, to, co powiedział kapitan, było chaotycznym strzępkiem najważniejszych informacji, co nie pomagało klarownie ocenić sytuację. Sengoku pomimo takiego charakteru wypowiedzi był pewien jednego: Marynarka poniosła duże straty a problem owego "bożka" może być o wiele poważniejszy , niż to początkowo zakładał.
Po chwili odetchnął z ulgą. Przypomniał sobie, iż "zapobiegawczo" wysłał na Kuzan jednego z najpotężniejszych swoich ludzi - Akainu. Ale sytuacja wcale nie wyglądała różowo...

Statek Sunny Go.
Minęła godzina od poznania smutnej prawdy przez naszego bohatera.

- Zrobiłem deser lodowy z syropem klonowym! – Obwieścił wszystkim Sanji, uznając, iż to może pomóc rozładować nostalgiczną atmosferę wokół przybitego Luffy’ego.
Jego przepuszczenia okazały się nad wyraz trafne. O dziwo, nawet Słomiany wyskoczył z kajuty na złamanie karku i to dosłownie (z przejęcia potknął się o stopień…Takie coś to mimo wszystko żadne zagrożenie dla ciała z gumy, toteż szybko wstał i zeskoczył na trawiasty pokład). Wszyscy już się zebrali i zaczęli kosztować cudów kulinarnych Sanjiego. Panowała cisza. Natomiast sam Luffy jadł, jakby to delikatnie określić, „ z brakiem jakichkolwiek zahamowań”. Desery lodowe znikały jedne po drugim. Załoga widząc, iż stan kapitana uległ wyraźnej poprawie, postanowiła delikatnie rozpocząć rozmowę.
- Luffy, rozumiem co czujesz - zaczął zgrabnie i psychologicznie doktor Chopper.
- Tak, współczujemy ci. Wiemy co to za ból – nie gorzej pociągnęła Nami.
- Dlatego... – przejął inicjatywę Franky, lecz po chwili przestał, gdyż zaczęła go ogarniać irytacja. Słowa otuchy najwidoczniej nie trafiały tam, gdzie trzeba. Powstawało jednak w tym momencie zasadnicze pytanie. Czy to z powodu przygnębienia po stracie kogoś bliskiego, czy może to te desery lodowe są tegoż stanu przyczyną? Dla załogi widzącej kapitana entuzjastycznie pochłaniającego kolejne porcje lodów, z każdą chwilą stawało się jasne, iż to te desery, niezaprzeczalnie mają z tym coś wspólnego.
- Luffy!!! Słuchasz nas w ogóle?! - zakrzyczeli wszyscy naraz, gdy już wskaźnik dozwolonej irytacji przekroczył swe normy.
- Mmm. Mmłyszę - jak gdyby nic, spojrzał na nich z pełną gębą bitej śmietany i owoców.
- A… lepiej dać sobie spokój - zauważył Chopper, bezradnie kiwając główką.
- Tak, masz rację.- wzdychając odparła reszta.
Po trzech minutach.
- Aaaach! Ależ się napchałem! – Luffy tym sposobem obwieścił koniec posiłku. Pewnie gdyby nie bita śmietana, która zapchała mu żołądek to by się tak szybko tego nie doczekali.
Usopp dodał z lekkim sarkazmem:
- Na pewno więcej nie wejdzie? - wyraźnie sobie lekko szydził z przyjaciela. Nie było to jednak nic złego. Luffy i Usopp często nawzajem sobie dogryzali. To jednak nie wskazywało na osłabienie ich przyjaźni, ona po prostu mniej więcej tak wyglądała.
- Głupi jesteś! – Nami go spoliczkowała, aż padł na ziemię.
- Dobra - zabrał głos kapitan - Jestem już pełen, więc mogę wam zdradzić mój genialny plan.
Takich słów to i Nostradamus by nie przewidział. Nikt się tego nie spodziewał. Zdziwienie totalne. W jednej chwili wszystkim oczy wyszły na zewnątrz.
Brook przerwał tą jakże niezwykłą chwilę, wtrącając, jak to zwykle u niego bywa, swoje trzy grosze w postaci żarciku.
- Ale czad! Też bym tak chciał, ale jest jeden problem. Ponieważ jestem kościotrupem… nie mam oczu! Yohohohohoho…! - W tym momencie zamilkł gdyż Franky, natychmiast się otrząsnął z szoku, który z prezentował mu swymi słowami kapitan i walnął muzyka prosto w jego pusty łeb. Po czym dodał:
- Ty to tak zawsze musisz, nie?!
- Yohohohohoho! - zawtórował Luffy - Co zrobiliście takie miny jakbyście ducha zobaczyli?
Usopp znowu palnął jakaś uwagę:
- Ducha to my widzimy niemal cały czas - ukradkiem spojrzał na Brooka.
Kościotrup od razu zrozumiał, iż Usopp’owi chodziło o niego. Nie czuł się tym jednak urażony i jak to w jego stylu bywa po prostu się zaśmiał swoim zabójczym – Yohohoho.
- Jesteś świadom, swych słów Luffy....? - zapytała z lekką niepewnością Robin.
- Właśnie. Masz plan...? Ty? - dodała Nami z niemal identycznym wyrazem twarzy. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Do tej pory żyła przeświadczona, iż umysł Luffy’ego nie skalany jest myślą. Także nie ma co się dziwić jej niedowierzaniu. Zadawała sobie pytanie, czy ten incydent, a raczej smutne wydarzenie, jakim jest śmierć Rudowłosego, mogło go tak diametralnie odmienić.
- A co w tym takiego dziwnego? - powiedział z przekąsem i nutką rozgoryczenia Luffy.
- Nic! - szybko odparła Nami - Po prostu się po tobie tego nie spodziewałam. Przepraszam.
- Nie ważne. Mów, co żeś tam takiego genialnego obmyślił. – Sanji był wybitnie zaciekawiony dowodem na to, iż mózg Luffy'ego jednak pracuje, w co i on do tej pory powątpiewał. Miał jednak dziwne przeczucie, nie dające mu spokoju. Co najciekawsze było ono ściśle powiązane ze słowami, które miały być za chwilę wypowiedziane. Luffy nie kazał mu długo czekać.
- Chodzi wam o mój plan? Nic trudnego! Wślizgujemy się do Głównej Bazy i… - w tym momencie wstał, oparł jedna nogę na skrzyni i z wyciągnięta do góry ręką i z błyskiem wiary w oczach dokończył - zdobywamy informacje!
Przeczucie Sanjiego nie myliło. Te słowa były dokładnie tym, czego obawiał się nasz kucharz. Więcej. To przerosło jego wyobrażenie.
- Masz na myśli Marieyoe? – upewnił się Usopp.
- Jep. Jest najważniejsza, więc powinni wiedzieć - odparł Luffy kiwając z przekonaniem głową.
- To, to…- wyszeptała Nami. Nie mogła zebrać słów. Choć była zszokowana, głęboko w sercu czuła ulgę. Koniec końców Luffy się nic nie zmienił.
Robin się lekko uśmiechnęła, po czym wszyscy zaczęli tarzać się po ziemi ze śmiechu.
- No plan jest, że mucha nie siada! – Usopp miał aż łzy w oczach.
- Bo nie ma na czym! - dodał Franky, ledwo się powstrzymując.
Chwilę się wszyscy pośmiali, po czym nastała cisza.
- To jest ten twój "GENIALNY" plan?! - jak jeden mąż nakrzyczeli na niego.
- No..., kiedy nic innego nie przychodzi mi do głowy... – Luffy zrobił nietęgą minę. Zupełnie nie rozumiał kontekstu. Był przekonany, iż plan może nie jest perfekcyjny, ale myślał sobie: szczegóły, to się jakoś potem dogra i gra muzyka. Tym bardziej więc był zdziwiony i zdegustowany reakcją swych kamratów.
- Nie, nie, nie, nie, nie, nie. O ja głupia. Czego ja się spodziewałam? – Nami totalnie zanegowała chory wymysł kapitana. Ze spokojem odetchnęła. Po chwili jednak podeszła do niego, złapała go za fraki i z wzrokiem mordercy oraz zębami ala Arlong wykrzyczała:
- Chcesz nas pozabijać durniu?! - Takiego poziomu głupoty to już nie mogła podarować.
- Wejść do najbardziej strzeżonej na świecie bazy? Wślizgnąć się? Do reszty zgłupiałeś?!
Sanji, licząc się ze swoim zdrowiem psychicznym postanowił, zaniechać tłumaczenia.
Na jego szczęście podjął się tej "misji" Chopper. Przedtem jednak poproszono o pomoc Robin i Franky, by wspólnym wysiłkiem odciągnąć rozwścieczoną panią nawigator. W ten sposób ustąpiono pola Chopperowi.
- Luffy - zaczął spokojnie, kręcąc jeszcze z niedowierzania główką - Wiem, że kierujesz się impulsem, ale, ale...TO SAMOBÓJSTWO! – W jego głowie pojawiło się wyobrażenie takiego „nie postrzeżonego wślizgnięcia się” po czym momentalnie się rozpłakał. Pałeczkę przejęła Nami, która już nieco ochłonęła.
- Luffy, postaram ci się to wytłumaczyć jak dwu letniemu dziecku. Marieyoa równa się więcej admirałów jak Aokiji. Z jednym sobie nie dawaliśmy radę, to jak myślisz? Poradzimy sobie z całą bazą? Nawet sama próba „wtargnięcia” tam przy twoim poziomie głupoty skazana jest na niepowodzenie - wytłumaczyła mu Nami przypominając sobie akcję w G8, jak to "dyskretnie" udawał pomocnika kucharza.
- No…no to, co mam zrobić? - chłopak czuł się kompletnie bezradny.
W tym jednak momencie Zoro, który darował sobie te całą farsę i wrócił na bocianie gniazdo zauważył marynarski statek.
- Ej, ludzie! - wydarł się w ich stronę wychylając głowę przez okno - Mamy towarzystwo!
- Coooo ?!!! – załogę ogarnęło nieopisane zdziwienie. Oczywiście przy tych bardziej tchórzliwych osobach pojawił się w oczach strach. Franky wyjrzał za burtę i spostrzegł znajomą flagę.
- O jasna cholera! Luffy to twój dziadek!
Zoro szybko zeskoczył z bocianiego gniazda i wyciągnął swe miecze do obrony przed wrogim ostrzałem.
- Co?! – Luffy chwilę nie zajarzył o co chodzi, jednak po chwili wszystko stało się jasne.
- O! Dziadek! –W jego głosie dało się wyczuć skrytą radość i ulgę spowodowaną przybyciem bliskiej mu osoby. Tak tego teraz potrzebował. Szczególnie teraz. W jego oczach pojawiły się nawet łzy wzruszenia.
- Wiesz Luffy, on raczej nie przybył powiedzieć ci czegoś w stylu " jak się masz wnusiu" - z pełnym przekonaniem wydedukował Roronoa. Tak naprawdę chciał walczyć. Wszak od zmagań na Thriller Bark nie miał ku temu specjalnie okazji. Myśl o nadchodzącej bitwie rajcowała go i skutecznie podnosiła mu poziom adrenaliny we krwi. Z uśmiechem na ustach czekał na skomasowany atak.
- Och nie. – Pani nawigator była wyraźnie nie pocieszona takim stanem rzeczy. - Znowu nas czeka grad kul armatnich jak ostatnio - westchnęła ciężko.
- Dawać ich tu! I tak się was nie boimy! - krzyczał Usopp, z dygającymi ze strachu nogami.
- Niech tylko spróbują choćby zadrasnąć mojego Lionka, to im dupy porozsadzam! – Franky nie żartował. W tym momencie czuł się niczym ojciec broniący swego ukochanego dziecka. Jego obawy z każdą chwilą stawały się jednak coraz bardziej nieuzasadnione. Żaden atak nie następował. W głowach naszych bohaterów zaczęło pojawiać pytanie: czemu marynarski okręt nie podejmuje działań ofensywnych?
- Kurczę, co jest? – spuścił nieco gardę Zoro.
- A tak się ładnie nastroiłem - wtrącił również gotowy do boju Brook.
- Może rzeczywiście chce się tylko spotkać z Luffy'm? - Co jak co ale walka to nie była Chopperowi na rękę. Wszystko czego teraz chciał, to albo się gdzieś ukryć, albo by faktycznie Garp miał tylko zamiar spotkać się ze swoim wnukiem.
- Głupiś! - Franky czesał sobie gustownie grzebykiem swe włosy. - Nie atakują, by uśpić naszą czujność. Zaraz w nas czymś przywalą! Zobaczycie! - przestał się czesać i przygotował się do wystrzału, z działka, które właśnie aktywował.
- No właśnie! - w Zoro na nowo zawrzała "waleczna" krew.
- Nie byłabym tego taka pewna. - Robin, uważała, iż faktycznie coś jest nie na rzeczy. Było za cicho. To nieco uspokoiło rozdygotanego już z nerwów doktora.
Luffy jak gdyby nic podbiegł do lewej burty i zaczął się drzeć na całe gardło:
- CZEŚĆ DZIADZIUŚ!!! ZDRÓWKO DOPISUJE?!!!
- ANO, JAKOŚ NIE NARZEKAM!!! - dało się słyszeć z drugiego statku.
Te słowa zupełnie zbiły z tropu Zoro, Brooka i Franky'ego, którzy aż palili się do działania.
- Phi. A tak się podjadałem. – Zoro był zawiedziony. Cóż, nie pozostawało mu już nic innego jak przyjąć to do wiadomości i schować swe miecze.
- Włacha! - dodał cyborg. Owszem chciał się trochę rozerwać, ale jednocześnie czuł skrytą gdzieś głęboko ulgę, bowiem nie musiał się już więcej obawiać o swój drogocenny statek. Jednak tym razem chęć walki okazała się większa i z niesmakiem schował swe przygotowane działo.
- Szczerze mówiąc, też miałem nadzieję rozruszać kości. Zwłaszcza...., że jestem TYLKO kośćmi! Yohohohoho!
- Daj już z tym spokój! - zawołał Franky.
Wszyscy, rozczarowani zaczęli iść w stronę kajut.
- Dziadziuś! Wystrzel no kilka kul, bo mi się koledzy nudzą!!
- CO?!!! – załogę ogarnęła przerażająca wizja.
- Yohohohohoho! - zaśmiał się Brook.
- Yohohohohoho! - powtórzył zanim Luffy.
- Żadnego mi tu " Yohohohohoho" - wydarła się ledwo opanowując nerwy Nami.
Tym czasem na statku dowodzonym przez Garpa, rozgorzała dyskusja.
- Ej, co do mnie powiedział, bo mi się przysnęło – Garp zapytał ukradkiem najbliżej stojącego od niego podwładnego.
Przy… przysnęło? - odpowiedział z niedowierzaniem podwładny.
- Ano, tak jakoś... - zaśmiał się przesuwając w charakterystyk japońskim geście ręką za głową. – Nieważne. Mówże, bo wyjdę na idiotę!
- A, oczywiście! Powiedzieli, żeby strzelać. Bo im się nudzi czy coś - niepewny swego odparł.
- Nudzi im się?! A to dobre! - zaśmiał się pełną piersią - No to jeszcze zobaczymy! - Uśmiechnął się jak małe dziecko i zaczął rzucać w Słomianych kulami, które miał pod ręką.
Trzeba przyznać, że trochę tego było. " Na wszelki wypadek" stała przy nim platforma wyładowana ponad setką takich. Po chwili posypał się grad kul na piracki statek.
- Aaa! – Dało się słyszeć przerażający jęk Franky’ego widzącego, jak kula uszkadza prawą burtę. Teraz żałował, że będzie mu dane walczyć.
Natychmiast on i cała reszta przeszli do bezpardonowej obrony. Nami spojrzała w kierunku Luffy'ego i w jednej chwili zrobiła minę diabła. Z wybałuszonymi oczami i charakterystycznym zębościskiem zaczęła się drzeć miotając za fraki kapitanem na prawo i lewo:
- DEBILU!!! COŚ TY NAROBIŁ?!!! Każ staruchowi natychmiast przestać!- Ciągle nim miotała, a jej język przypominał smoka. Z pewnością gdyby tylko jej układ oddechowy na to pozwalał to by zięła ogniem. - Gołymi rękami zabiję! To był odruch. Nie było mowy o jakimkolwiek panowaniu nad sobą. To prawda, Luffy nie raz wykazał się głupotą ( walizka z pieniędzmi w Water 7) jednak rzadko kiedy doprowadzał ją do ostateczności. Niemniej ten moment właśnie teraz nastąpił. W tej chwili to nawet Luffy przestraszył się nie na żarty. Teraz to już wyglądała jak diablica z piekła rodem. Na jego szczęście powstrzymali ją Robin i Usopp, bowiem Franky, wykonujący dotychczas ten obowiązek był zajęty obroną. Luffy bez chwili wahania wykorzystał sytuację.
- DZIADEK! STARCZY JUŻ! – wykrzyczał przerażony, przejęty zachowaniem Nami.
Ale słowa zupełnie nie trafiały do uszu Garpa, doszczętnie pochłoniętego obrzucaniem niewinnego, "bezbronnego" statku. Sędziwy mężczyzna wyglądał teraz jak dziecko w sklepie z zabawkami. Od staruszka dawał się słyszeć tylko gromki śmiech wywołujący gęsią skórkę.
- I JAK TAM?! DOBRZE SIĘ BAWISZ?! – śmiejąc się złowieszczo miotał kolejne kule.
- STARCZY JUŻ! – Luffy bezskutecznie próbował opanować sytuację, a kule świstały mu nad głową. W końcu zauważył, iż „zwykłe metody porozumiewawcze” do niczego go nie zaprowadzą. Postanowił więc zmienić strategię. Złapał się mocno burty i zarzucił głową do przodu rozciągając ją pod niemal samą twarz dziadka.
- O wnusio! – Spostrzegł chłopaka, co wcale nie przeszkadzało starszemu panu dalej bawić się w „radosne bombardowanie”.
- Dziadek starczy już! Znowu mi się oberwie od Nami…
- Kobiety się boisz?! I ty się śmiesz nazywać moim wnukiem?! - Garp się zdenerwował. Czuł się w stu procentach mężczyzną i wychodził z założenia, iż jeśli już, to może być tylko odwrotnie. To kobieta może bać się mężczyzny. Nie znał jednak Nami. Co ważniejsze, nie widział jej demonicznego wyrazu twarzy, bo gdyby potrafił to sobie właściwie wyobrazić, to tak jak każdy rozsądny człowiek, przyznałby wnukowi rację. Luffy miał jeszcze w pamięci widok rozwścieczonej Nami.
- Tej tak! Tak między nami mówiąc, to momentami wygląda bardziej przerażająco niż Oz i Moria razem wzięci. – Mina Luffy’ego pokazywała jego autentyczne uczucia. Na twarzy malował się nieopisany strach.
- Aż tak? No nie może być. – Garp z początku nie dowierzał chłopcu. Jako wysoki rangą marines, doskonale wiedział jak wygląda facjata Morii i jakoś trudno było mu sobie wyobrazić z nią jakieś fuzje. W końcu jednak powrócił mu zdrowy rozsądek. Z niesmakiem odwrócił się od platformy.
- Dziękiiiiii! – podziękował, jednocześnie „ściągając” z powrotem głowę na Sunny’ego.
- Co, już?! – zawołał rozczarowany Franky.
- Szkoda fajnie było – poparł myśl kolegi Zoro.
- Boże, co ja tu robię…? – Nami z niedowierzania i z bezsilności targała swe włosy. Wyraz twarzy miała zrozpaczony.
- Nic na to nie poradzisz – odparła Robin opierając swą skroń o wewnętrzną część dłoni i skinąwszy głowę lekko się uśmiechnęła.
Po chwili statek Garpa podpłynął do Sunny Go. Cała załoga Słomianego stała powiedzmy „nieruchomo” i oczekiwała na gościa. Nic takiego jednak nie następowało.
- Przepraszam, że się wtrącę. Czy ten pan nie powinien już tutaj być? – odparł z nutką niepokoju w głosie Brook.
- Faktycznie dziwne… - Luffy zrobił lekko skwaszoną, troszkę niezadowoloną minę. – Ej, co jest dziadek?! Srasz?! – zapytał jakby to nie było nic wielkiego.
- Luffy! – Nami nie mogła uwierzyć własnym uszom.
- Właśnie! Sraczka cię dziadu napadła?! – nie gorzej ujął to Franky.
- No co za chamy! – Reakcja Nami była natychmiastowa. Jednym uderzeniem upiekła dwie pieczenie na jednym ogniu.
- Panowie – wtrącił skromnie Brook i kiwając negatywnie palcem odparł - Mówi się „szanownie walić kupę” – wypowiadając te słowa minę miał nad wyraz poważną jakby zwracał kolegom kulturalnie uwagę jak powinno się mówić.
Nami z początku miała nadzieję, że chociaż ten się zachowa jak na dżentelmena przy
stało. Może się co do niego myliłam? - pomyślała. Słowa kościotrupa utwierdziły ją jednak w przekonaniu, że to były tylko mrzonki. Tym sposobem i jemu się oberwało.
- Tak czy owak to dziwne, że nikt nie przychodzi - podjął teraz temat nieco z bezpieczniejszej strony Sanji.

Pięć minut wcześniej na marynarskim statku podczas burzliwej dyskusji załogi słomianych na Sunny'm związanej z domniemanymi powodami odwlekanej wizyty gościa.

- Wiceadmirale, jesteśmy na miejscu! – zameldował usłużnie podwładny.
Gdyby było, to pewnie by mu odpowiedziało echo, ale i to się nie pofatygowało i w ostatecznym rozrachunku dało się słyszeć tylko głuchą ciszę.
- Prze, przepraszam… - delikatnie zapytał pleców Garpa jego zaufany kolega.
Nic się jednak nie działo, a reakcja była dosłownie taka sama, czyli żadna. Z niewielkimi podejrzeniami przeszedł w około spoglądając wreszcie na jego twarz. – Tak myślałem… Halooo! Wiceadmirale Garp! Budzimy się!
- Aaammm. - Garp ziewając leniwie przetarł oko – No tak wnusio czeka. – zapalił cygarko i po chwili wszedł na pokład pirackiego statku.
- Witaj wnusiu! – Z czystą dobrocią uśmiechnął się do chłopca oddalonego do niego o pięć metrów i rozłożył opiekuńczo ręce by go objąć.
- Siemka – odparł dokładnie z tej samej odległości skinąwszy ręką w jego stronę w stylu „no cześć”.
Garp natychmiast podszedł do chłopca i rąbnął go tak, że aż Luffy zarył łbem w podłogę.
- Ajaj, za co? – masując obolałą głowę odparł zaskoczony Luffy.
- Tyle dziadka nie widziałeś i się nie możesz porządnie przywitać?! Z kochanym dziadziem?! Mimo swych słów Grap nie był wielce zaskoczony taką, a nie inną reakcją swego wnuka. W końcu Luffy’ego znał nie od dzisiaj. Miał jednak nadzieję, iż nalał mu trochę oleju do głowy po wizycie w Water 7. Oczywiście nadzieja matką itd.
- Znowu to samo - westchnęła po cichu załoga.
- Dziadek! – chłopak podszedł do Garpa chcąc uścisnąć mu dłoń, gdy niespodziewanie otoczyły go troskliwe ramiona dziadka.
- Mój wnusio! – uścisnął go z całej siły. Nie ma więc co się dziwić, iż Luffy’emu zaczęło brakować powietrza. – O sorka! – Zauważył, iż chłopak powoli zaczyna się robić blady. Wypuścił więc go z „dziadkowego objęcia” i walnął go po męsku na powitanie w plecy. Problem w tym, iż Słomiany od tego uderzenia przebił się przez ścianę do kuchni. Ups! - odparł wyluzowany Garp i się głośno zaśmiał. Luffy po kilku sekundach powrócił do dziadka.
- No witaj dziadku! – Powiedział przez zęby i przywalił mu z Raifle w bebechy.
- STARCZY TYCH CZUŁOSTEK!!! – zareagowała gwałtownie załoga.
- No dobrze. Skoro już tu jestem, to może zaproponujesz mi filiżankę małej czarnej?
- Po co? Kawa jest niedobra. – Najzwyczajniej w świecie chłopak odparł i wysunął z niesmakiem język.
- Debilu! – trzasnął go znowu Garp – To był przykład, przykład! Chodziło mi – zmienił diametralnie ton głosu - żebyś mnie jakoś ugościł wnusiu - zrobił smutną minę i lekko przetarł dłonią oko. Wyglądało to tak jakby za chwilę miał się rozpłakać.
- A, o to chodziło! No dobra, nie ma sprawy! Sanji, zrób nam coś dobrego!
- Już się robi! – od razu poszedł do kuchni przygotować herbatę i wyjąć serniczek, który „na wszelki wypadek” rano przygotował.

Stół nie był zastawiony w szarmandzki czy bijący po oczach swą gracją i pięknem sposób. Nie było nawet obrusu. Pośrodku ułożono 2 serniki. Oprócz tego przed każdym została ustawiona filiżanka z gorącą herbatą z cytrynką lub zwykła mała czarna oraz talerzyk z kawałeczkiem owego ciasta. No dobrze nie okłamujmy się. Jeśli chodzi o takie przypadki jak Luffy to byłby to całkowicie daremny trud, toteż, Sanji, kładąc Słomianemu całe ciasto pod twarz, odgórnie przeznaczył jeden z serników na osobistą konsumpcję kapitana. Garp tak jak i jego wiecznie głodny wnuczek, od razu zabrali się za pałaszowanie słodkości.
- Mmm… myszne! – z pełną gębą odparł spoglądając na Luffy’ego.
- Mmm mco mie? – w ten sam sposób chłopak pociągnął „rozmowę” pałaszując w wielkim zadowoleniu ( przy okazji w mgnieniu oka) przeszło godzinny efekt trudu kucharza.
- Widać, że rodzina - westchnęła po raz któryś bezradnie załoga.
- Ach! - zaczął Brook, jak Filip z przysłowiowej konopi – Jak ja dawno nie jadłem ciasta… A tak dobrego to już w ogóle nigdy!
- Mmm? – ( to oczywiście Luffy)
- Na razie lepiej zaniechać prób konwersacji. – odparła łagodnie Robin i z uśmiechem delektowała się deserem.
Jeśli oczywiście można mówić o „delektowaniu” słysząc wszechobecne mlaskanie ( z lewej Garp z prawej Luffy więc dawali na obie strony, a i Franky dorzucał do pieca ). Z tego powodu przez 3 minuty nie dało się prowadzić rozmowy. Niektórzy próbowali, ale nie można było nazwać tego konwersacją, taką jak definiuje się w słowniku. Nieubłagane minuty w końcu minęły, a apetyt został zaspokojony. Można więc było wreszcie prowadzić normalną rozmowę.
- Dziadek, a tak w ogóle, to co cię tu przywiało?
- O właśnie! – zareagował energicznie Garp. – Przecież nie po to przebyłem taki szmat drogi! Luffy! Powiem szczerze. Jestem tutaj, bo uważam, że jesteś odpowiednią osobą…
- Do czego? – zapytał rezolutnie chłopak.
- Cóż… chciałbym, abyś został Schichibukai.

2008-12-29, 00:38
Vampircia

No Komi, rozdział może nie jest twoim szczytowym osiągnięciem, ale końcówka miażdży. Najbardziej mnie denerwuje, że w sumie dobrze piszesz, a robisz sporo małych, drobnych błędzików. Myślę, że dobrze by był tego fika trochę dopieścić. Jestem gotowa zostać twoim beta readerem, podobnie jak w przypadku artykułów. Przysyłałbyś mi rozdział przed wrzuceniem. Co ty na to?

2008-12-29, 02:02
Najuch

Zgadzam się z Vampircią, kilka powtórzeń się zdarzyło a także parę innych dobrych potknięć. Końcowy pomysł świetny, czekam tylko na rozwinięcie:) Dodam jeszcze, że odwaliłeś kawał dobrej roboty:-)

2008-12-29, 23:28
Komimasa

A tak zgadzam się chętnie.
Właściwie chciałem coś takiego zaproponować, ale nie wiedziałem czy mogę, w końcu to egoizm. Dzięki za komenty. a możecie tak nieco szerzej co się podobało?

2008-12-29, 23:46
Najuch

Co się podobało a co nie.... Hm mam czas to Ci powiem.

Po pierwsze rozdział jest humorystyczny dość, to swego rodzaju zaleta, nim zaczniesz pisać o poważniejszych sprawach dobrze wprowadzić taką atmosferę luzu. Po drugie dobrze, że poświęcasz każdej postaci odpowiednią ilość miejsca jeśli chodzi o dialogi. Ja mam z tym sporo problemów, w końcu trzeba mieć pod kontrolą wszystkich dziewięciu słomianych.
Niespecjalnie wychodzi Ci świat przedstawiony. Dialogi ewidentnie górują nad opisami, co dobre jest w przypadku scen akcji, czy tym podobnych, początek jest jak najbardziej. Mało opisów, czuć napięcie - świetnie. Dalej jest nieco gorzej, nie wiem co słomiani robią, co czują. Mam wrażenie, że nie starasz się przedstawić ich wnętrza. Wiesz jaki jest dobry na to sposób? Spróbuj każdy akapit napisać z perspektywy postaci, która gra tu najważniejszą rolę. Przykład? Powiedzmy tak : Postaci siedzą przy stole, wybierasz jedną postać, powiedzmy Nami. Ona jest tą najważniejszą w tym wypadku.

-Dialog, dialog....
Nami nigdy nie lubiła takich sytuacji. Sanji zawsze zanadto....(i tutaj opis)
-dialog dialog
-dialog....
-dialog..
Ależ to trafiło w samo sedno! Myślała o tym od dłuższego czasu (i dalej opis)

W ten sposób zbliżamy się do najważniejszej postaci. Zawsze moim zdaniem musi być osoba odgrywająca główną rolę w danym akapicie czy fragmencie. To wzmacnia płynność czytania i pomaga wchłaniać dzieło.

Niespecjalnie lubię też ten sposób przenoszenia akcji z miejsca na miejsce, wiesz o co chodzi?

Doskonale natomiast rysujesz komizm i świetnie budujesz napięcie. Zakończenie, zupełnie niespodziewane, a jakże cudowne. Dla tego ostatniego zdania, warto było przeczytać ten rozdział. I tak powinno być.

2009-01-03, 17:16
Komimasa

Hmm chyba wiem o co ci chodzi ale staram się by wszyscy mieli coś do dodania. Rozmyślałem o tym by robić takiego opisy ale to by znacznie wszytko wydłużało i nie wiedziałem czy to nie byłoby zbyt upierdliwe. Postaram się coś takiego robić choć osobiście tego nie lubię za bardzo ( nie wiem czemu) Z resztą nie było do tej pory jakoś takiej sytuacji w moich dialogach by było miejsce na takie przemyślenia ( no tak mi się przynajmniej wydaje, pewnie się mylę no trudno)

Postaram się coś na to zaradzić, ale póki co przeczytałem 2 cz Twojego dzieła i jakoś takich opisów nie zauważyłem

Przenoszenie akcji, hmm też coś mi tu nie pasuje ale gdybym tak nie pisał to by nie wiadomo było gdzie co. Poza tym operuję wielkim wydarzeniem, całym światem więc taki zabieg jest chyba konieczny.
Pewnie najbardziej to "statek Garpa na przemian Sunny Go". Wiem, ale zrobiłem to po to by nie było powtórzeń typu "Tymczasem na statku Garpa itp" ciężko by było zastąpić te powtórzenia. Ale postaram się jakoś inaczej następnym razem to rozwiązać.

Dzięki za nieco bardziej szczegółowy opis.
jestem ciekaw czy inny też czują to samo co kolega Najuch. Zgadzacie się z tymi dwoma rzeczami, czy nie?
No jedna subiektywna wypowiedź to mi się na wiele nie zda jak nie będzie polemiki... Cóż, wymyśliłem już pomysł jak zachęcić do komentarzy
Dobra wszyscy już wiedzą że sobie żartowałem, szkoda że nie ma jakiejś motywacji.. No nic...


Strona 1 z 41, 2, 3, 4


Pokrewne tematy

Skromna paczuszka BMW
Moja skromna osóbka
Ikonka _ skromna prezentacja ;D
  • fototechnik egzamin teoretyczny
  • materialy budowlane okna dobra firma
  • tapeta youtube
  • alicja kB3os wiB1zownica
  • tapety 176x220 smieszne
  • super kumpele
  • czekolada historia
  • compaq nie chce odpalic co robic
  • adaB6 i pirat barnaba 1 download
  • Baza wiadomości z for internetowych , Strona Główna